Bearioku

Trochę pech

Nie wiem, jak bardzo popularna jest to perspektywa, ale od długiego czasu regularnie pojawia mi się w głowie myśl, że w sumie to praktycznie nie przytrafiają mi się w życiu złe rzeczy. Moją intencją nie jest się tym chwalić. Za każdym razem zastanawiam się wtedy nad tym, dlaczego jest to takie niesprawiedliwe i z czego może wynikać. Korzystając z okazji, że dzisiaj trafił się dzień, który nawet jak na moje standardy ciężko zaliczyć do udanych, postanowiłem zrobić sobie krótką analizę.

Z poprzedniego wpisu możecie pamiętać moje próby ucieczki od Apple. Ostatecznym wyrazem buntu i swego rodzaju środkowym palcem miał być zakup iPoda classic 5.5. Jego przeznaczenie to oczywiście modyfikacje pamięci, baterii i systemu – taki komunikat na zasadzie 20 lat temu robiliście o niebo lepsze produkty, zamierzam to wykorzystać do granic możliwości i nic więcej już od was nie kupię.

Odebrałem dzisiaj paczkę z egzemplarzem w dobrym stanie i w okazyjnej cenie. Teoretycznie miał być w pełni sprawny. W praktyce audio na słuchawkach w ogóle nie działa.

Po weryfikacji cen doszedłem do wniosku, że nawet wymieniając mini jacka, będzie to korzystniejszy zakup, niż zwrot i dalsze poszukiwania. Zamówiłem potrzebne części i anulowałem złożony wcześniej pod wpływem chwili zwrot. Weryfikując dalej możliwe usterki, dotarłem do informacji, że bardzo często problem wynika w tym modelu ze słabych połączeń jednego z elementów z płytą główną. Przelutowanie takiego układu to przy dobrym sprzęcie żaden problem i zdarzało mi się robić bardziej skomplikowane rzeczy. Zdecydowałem się pominąć dzisiaj obiad i sprawdzić jak to wygląda. W trakcie zrywania kleju okalającego wspomniany element oderwał się on od płyty głównej – coś co zazwyczaj mi się nie zdarza i jednocześnie ciężko sobie wyobrazić gorszy scenariusz. Było jednak zdecydowanie gorzej, bo od płyty odeszły również dwa pola lutownicze. Jedynym ratunkiem mogła więc być regeneracja zerwanych ścieżek, co też robiłem w przeszłości. Okazało się, że cienkie miedziane druty, których potrzebowałem, zostawiłem w domu rodzinnym.

To był moment, w którym się poddałem i zamówiłem po prostu używaną płytę główną. Takiej kumulacji pecha dawno nie miałem. Chociaż ciężko tu mówić o pechu, bo sam sobie zgotowałem taki los. To, co jest istotne po tym przydługim wprowadzeniu to to, że ze standardowego rytmu wybiło mnie to na jakieś 5 minut. Po krótkiej chwili od razu zaczęły pojawiać się myśli typu: nawet dobrze się stało, bo warto pamiętać o tym, że jednak nie zawsze wszystko się udaje i tym bardziej warto być za to wdzięcznym. Będę miał również ćwiczenie z cierpliwości, bo projekt skończę dużo później, niż zakładałem. Finansowo może i będę stratny, ale niedużo i w sumie to pewnie wydałbym różnice na jakieś głupoty. Na koniec postanowiłem, że uszkodzoną płytę i tak naprawię, a jeśli w pełni się uda, to zamówię brakujące części i złożę drugiego iPoda. Tego pewniejszego będę miał dla kogoś na prezent albo na sprzedaż.

Ciężko mi ocenić na ile faktycznie mam w życiu szczęście. W sytuacjach, w których go brakuje, proces wygląda jednak u mnie bardzo często jak wyżej. Od akceptacji, przez szukanie rozwiązań, kończąc na wymyślaniu, jak można zrobić z tego coś dobrego. Z drugiej strony mógłbym się skupić na tym, że zostałem oszukany, obejrzałem zły poradnik, nie ma co tracić jeszcze większej ilości pieniędzy i tak dalej. Pierwsze podejście, które jak nic jest rozbudowaną racjonalizacją, wydaje mi się lepsze, bo pozwala zakończyć całość na pozytywnym akcencie. Jest to też dobra okazja do wyrabiania sobie nawyku szukania rozwiązań w każdej sytuacji. Czasami rozwiązaniem jest akceptacja porażki, ale z doświadczenia zaryzykuję i napiszę, że momentów takich jest zdecydowanie mniej, niż mogłoby się w pierwszej myśli wydawać.