Fourth Corporate War
Każdy, kto mnie trochę zna1 wie, że jestem delikatnie chory na punkcie Cyberpunka. Nie zrobię Wam tego dzisiaj i nie będę wchodził w szczegóły, ale jest jeden motyw, o który chciałbym zahaczyć – po tytule domyślacie się pewnie, że chodzi o korporacje.
W świecie, który stworzył Mike Pondsmith, stanowią one w zasadzie podstawę funkcjonowania każdego obszaru życia. Oprócz pełnej kontroli w tym sensie posiadają również zasoby militarne. O ile ta perspektywa i wynikająca z niej tytułowa wojna są nam jeszcze na ten moment odległe (na szczęście), tak w wielu aspektach nasza rzeczywistość coraz bardziej zbliża się do cyberpunkowej.
Najmniej odkrywczym aspektem w tym obszarze jest pewnie konsumpcja – nie tylko kupowanie rzeczy, ale też pochłanianie treści. Nawet nie chce się zastanawiać nad tym, ilu rzeczy, które mam, tak naprawdę nie potrzebuje. Regularnie staram się coś z tym robić i w niektórych obszarach idzie mi lepiej, w innych trochę mniej. Najgorsze jest to, że mimo świadomości i prób, rzeczy sumarycznie i tak stopniowo przybywa.
Perspektywę uzupełnia wspomniana konsumpcja treści. Jeszcze do niedawna nie byłem w stanie zasnąć bez co najmniej 30 minut oglądania czegoś na iPadzie. Czasem było to scrollowanie Twittera, czasem shortsy albo wideo na YouTube. Nie zdarza mi się już gubić w tych treściach na godziny, ale chwil, w których tracę skupienie w ciągu dnia jest multum i jest to przerażające. Firmom jak nigdy zależy na tym, żeby jak najdłużej utrzymać odbiorcę akurat na swojej platformie, bo przecież to idealna okazja, żeby zasypać nas reklamami kolejnych rzeczy i usług, bez których nie będziemy w stanie funkcjonować. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że spędzenie czasu w tych miejscach to bardziej automatyzmy, niż coś, co zaspokaja mi jakiekolwiek potrzeby rozrywki, czy odpoczynku. Po rozmowach ze znajomymi zdaję sobie sprawę, że nie jestem w tej sytuacji odosobniony.
Podsumowując tę część, można łagodnie powiedzieć, że nie jestem wielkim fanem korporacji. Mocno absurdalne jest więc to, że ja sam jestem korpem. Z dużego obrazka mógłbym mówić, że moja firma jest inna: tworzy rozwiązania, które skupiają się na tym, żeby przemysł i zarządzanie danymi były bardziej ekologiczne i nowoczesne. To stwierdzenie jest w pełni prawdziwe. Nie uwzględnia jednak faktu, że odbiorcami końcowymi tych rozwiązań nadal są podmioty, które wpasowują się w kategorie opisane wyżej. Ja dokładam się więc nie tylko jako odbiorca, ale pośrednio również od strony twórców problemu.
Z perspektywy pracownika bardzo łatwo się nad tym nie zastanawiać. Mam super pracę, super zespół, robię rzeczy, które lubię i mam sporo swobody. Dodając do tego różnego rodzaju benefity, powstaje nam niesamowite poczucie stabilności i komfortu. Czuję, że jest to coś, z czego z czasem jeszcze trudniej zrezygnować. Szczególnie kiedy pojawiają się dodatkowe zobowiązania na przykład w postaci rodziny.
Personalnie najgorsze w całym obrazie jest dla mnie, jak bardzo bezosobowe jest to położenie. Z perspektywy całej globalnej korporacji mój brak byłby niezauważalny. Lokalnie byłaby to pewnie co najwyżej niedogodność do rozwiązania. Czasami to kwestia zmiany pracy, czasami tragedii. Wystarczy jednak nieco ponad rok, żeby jednym z niewielu śladów po Tobie było nazwisko w prezentacji, która jeszcze nie doczekała się aktualizacji. Nie wiem, czy tylko ja o tym myślę i mi się to nie podoba. W pracy nikt nie wychodzi z podobną perspektywa, więc ja też o tym nie mówię. Ostatecznie przecież trzeba być profesjonalnym i jest za dużo bieżących rzeczy do zrobienia, żeby się nad tym zastanawiać. Tyle że ja nie chcę, żeby ludzie byli tylko nazwiskami w prezentacjach i sam też nie chcę być tylko takim nazwiskiem.
Zazwyczaj jest to moment, w którym narracyjnie wychodzę z jakimś pozytywnym zwieńczeniem. Tym razem chyba nie za bardzo takie mam, bo mimo tego wszystkiego, nie widzę dla siebie aktualnie alternatywy. Nie wiem, co miałbym robić, żebym tak jak teraz nie musiał się niczym martwić. Mam też świadomość tego, jak uprzywilejowane jest to położenie – fakt, że mogę się w ogóle nad czymś takim zastanawiać. To też nie sprawia, że czuję się lepiej. Na tym etapie oczywiste jest dla mnie, że człowiek nie jest stworzony do pracy w korpo. Może wymiar 80 godzin w tygodniu i 6 dni urlopu na rok, tak jak w niektórych korporacjach z Night City nie jest dla nas standardem, ale krok po kroku coraz bardziej zbliżamy się do tej perspektywy. Nie podoba mi się to, ale jednocześnie nie znam niczego innego i nie widzę możliwości, które globalnie mogłyby to zmienić.
Albo miał rzadką okazję rozmawiać ze mną po alkoholu.↩